Kilka miesięcy temu na górską trasę do Morskiego Oka wyjechały pierwsze meleksy. Wszyscy byli przekonani że to nie są drobne zmiany, ale prawdziwa tatrzańska elektryczna rewolucja. Niestety meleksy nie sprostały trudom codziennej pracy, dlatego też konne bryczki, fasiągi wracają do łask i nadal będą woziły turystów.
Wszystko zaczęło się w 2009 roku po śmierci Jordka, i gdy kolejny padł Jukon podczas drogi do Morskiego Oka, którą sfilmował turysta, działania fiakrów i pracowników TPN wzięto pod lupę organizacji pro-zwierzęcych.
Wśród turystów zdania były podzielone. Jedni chcieli zachować tradycję, inni uważali, że może rzeczywiście konie nie powinny być męczone. Jednak bryczki zazwyczaj są przeładowane, a konie wyczerpane i przemęczone. Młode konie po kilku miesiącach pracy znikają z trasy. Słabsze (przeciążone nawet o 200% jak wynika z badań weterynaryjnych) przestają być przydatne, więc trafiają do rzeźni.
Dramat zwierząt trwa od lat, mimo zmian w regulaminie parku, które zakładają m.in. odciążenie wozów z 14 do 12 osób, zaostrzenie kar dla fiakrów łamiących przepisy, w tym najważniejszy: zakaz kłusu pod górę, i okresowe badania zwierząt.
Andrzej Gąsienica-Makowski, starosta tatrzański tłumaczył, iż meleksy spełniają swojej roli na trasie na Morskie Oko. Mimo stosunkowo dobrej pogody, miały duże problemy z obsługiwaniem trasy. Przy halnym wietrze elektryczne pojazdy dojechały tylko do połowy trasy, a warunki przecież jeszcze się pogorszą. Niedługo nadejdą deszcze, przymrozki, mrozy i warunki staną się bardziej ekstremalne. Istnieje obawa że Meleksy w ogóle nie wjadą na trasę.

W chwili obecnej rozważane są różne sposoby, aby ułatwić koniom pracę. Jest pomysł, aby wspomagać ich siłą napędzaną silnikiem elektrycznym, jak w innych krajach. Tego typu rozwiązanie z powodzeniem stosowane jest np. w Sardynii, gdzie zaprzęgi wspomagane przez silnik elektryczny wożą nawet 14 osób.